Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

28.05.2017
niedziela

Rodzice nieposłusznych dzieci

28 maja 2017, niedziela,

Uchylenie przez sąd zakazu zgromadzenia ONR pod Teatrem Powszechnym w Warszawie przyniosło spodziewane skutki: agresję, odpalone petardy i świece dymne, a nawet oblanie jednej z pracownic Teatru niezidentyfikowaną substancją i konieczność wezwania karetki.

Zakaz był zasadny. Jego podstawą prawną był artykuł 14 ustawy Prawo o zgromadzeniach, wedle którego decyzja o zakazie zgromadzenia zapada w dwóch przypadkach: „1) jeżeli jego cel narusza wolność pokojowego zgromadzania się, jego odbycie narusza art. 4 lub zasady organizowania zgromadzeń albo cel zgromadzenia lub jego odbycie naruszają przepisy karne; 2) jego odbycie może zagrażać życiu lub zdrowiu ludzi albo mieniu w znacznych rozmiarach, w tym gdy zagrożenia tego nie udało się usunąć w przypadkach, o których mowa w art. 12 lub art. 13.”.

Artykuł 4. w punkcie 2 mówi: „W zgromadzeniach nie mogą uczestniczyć osoby posiadające przy sobie broń, materiały wybuchowe, wyroby pirotechniczne lub inne niebezpieczne materiały lub narzędzia”. Artykuły 12. i 13. regulują stosunki między dwoma, nazwijmy to, kontrzgromadzeniami zwołanymi w tym samym miejscu i czasie. Wszystkie te przesłanki zachodziły.

Sąd mimo wszystko zakaz uchylił. Doszło do kolejnej awantury, zagrożenia zdrowia, a nawet życia – gdyż tym może się skończyć używanie materiałów pirotechnicznych w tłumie. Ktoś – teatr, widzowie spektaklu, uczestnicy kontrmanifestacji – może i powinien zaskarżyć wyrok sądu. Powstaje pytanie, dlaczego on w ogóle zapadł.

Redaktor Ewa Siedlecka tłumaczyła niedawno, że zakaz ten byłby porównywalny do zakazu Parady Równości w 2004 roku. Parada Równości co prawda nigdy nie zagrażała zdrowiu, życiu i wolności pokojowego gromadzenia się – wydany przez ówczesnego prezydenta Warszawy zakaz był motywowany wyłącznie światopoglądowo. Jego zlekceważenie uzyskało szerokie poparcie społeczne. Ówczesny minister spraw wewnętrznych Ryszard Kalisz zarządził organizację ochrony Parady z poziomu resortu. Trybunał w Strasburgu uznał zakaz wydany przez Lecha Kaczyńskiego za naruszenie praw człowieka.

Jestem pewna, że sąd wziął to wszystko pod uwagę, wydając wyrok w sprawie majowego zgromadzenia i kreując zagrożenie dla zdrowia, życia i mienia. Przede wszystkim jednak wziął pod uwagę możliwość „brania spraw w swoje ręce” przez przeciwników spektaklu „Klątwa”. Polskie siły porządkowe od lat wobec środowisk narodowych zachowują się jak bezsilni rodzice wobec nieprzewidywalnych i agresywnych dzieci – nie chcąc kreować sytuacji, w której doszłoby do złamania zakazu, na wszelki wypadek pozwalają na wszystko, a przynajmniej na wiele. Polskie sądownictwo też weszło na tę drogę. W szorstkich żołnierskich słowach: zakaz zgromadzenia ONR byłby nie do wyegzekwowania. Lepiej więc było go uchylić, aby nie obnażyć instytucjonalnej bezsilności.

Powiedzcie to pracownicy Teatru Powszechnego.

Mamy bardzo poważny problem – otóż w świetle prawa odbywają się manifestacje nawołujące do obalania ustroju (jednym z haseł wykrzykiwanych pod Teatrem miało być „My Chrystusa wyznajemy, demokracji tu nie chcemy”), wzywające do zbrodni nienawiści ze względu na wyznawane poglądy („zabić lewaka”) i głoszące coraz bardziej nieskrępowany antysemityzm, nie wspominając o islamofobii. Demonstracje łamiące literę Prawa o zgromadzeniach (materiały pirotechniczne), nad którymi Policja zwyczajnie nie panuje. Wystarczyło kilka lat nienazywania spraw po imieniu. Kilka lat cytowania Carla Schmitta, doradcy hitlerowskiego rządu, bez komentarza – jak każdego innego filozofa prawa. Kilka lat uznawania mowy nienawiści za pełnoprawny pogląd polityczny.

Chciałam napisać „nie stawialiśmy granic, teraz boimy się konfrontacji”. Ale to nie myśmy nie stawiali granic. Przeciwnie, my – młode i starsze środowiska lewicowe i demokratyczne – kontestowaliśmy, blokowaliśmy przemarsze nacjonalistów, krytykowaliśmy, wzywaliśmy do opamiętania, promowaliśmy wiedzę o skutkach i zwalczaniu antysemityzmu.

W niestawianiu granic wyspecjalizowało się raczej centrum. To samo centrum, które dziś chce się mienić naszą jedyną szansą na odparcie „brunatnej fali”. To samo centrum, które wcale nie stanęło murem za prezydent Warszawy, kiedy wydała zakaz zgromadzenia organizowanego przez ONR. To samo centrum, które lubi sobie czasem pomaszerować pod portretem nacjonalisty i żydożercy Romana Dmowskiego. To centrum, które dziś ma być opozycją.

Tylko względem czego?

7.03.2017
wtorek

Feminizm, czyli święto różnorodności. O partiach na Manifie i KOD-zie w Strajku Kobiet

7 marca 2017, wtorek,

Awantura o (nie)obecność partii na warszawskiej Manifie to ważna lekcja, z której wszystkie i wszyscy powinniśmy skorzystać. Pokazuje, jak ogromna jest potrzeba przemyślenia, czym jest w XXI w. polityka. Ale też wskazuje, że zanim przejdziemy do budowania pozytywnego programu, musimy się rozprawić z konsekwencjami tego, że duże partie, przekonane, że mają swego rodzaju polityczny monopol, trwonią na potęgę kapitał zaufania ze strony obywateli i obywatelek.
Czytaj całość »

17.11.2016
czwartek

Dlaczego mówię „uratować świat przed Trumpem”?

17 listopada 2016, czwartek,

Świat, jak doskonale wiemy, jest pojęciem bardzo nieprecyzyjnym. Czasami to słówko jednak się przydaje. Specjaliści w obszarze polityki i relacji międzynarodowych mówią np. o „światowym porządku”. Pod względem militarnym okres w dziejach planety, w którym większości z nas przyszło żyć, określa się jako jeden z najspokojniejszych. Ta stabilizacja wynika z funkcjonowania sieci ponadnarodowych (światowych!) sojuszy i paktów, od Organizacji Narodów Zjednoczonych przez NATO po WTO. Jak wiadomo, konflikty handlowe w przeszłości aż nazbyt często przeradzały się w konflikty zbrojne, dlatego Światowa Organizacja Handlu (World Trade Organization, WTO) z pewnością zasługuje na wzmiankę w tym miejscu. Historycy mówią wręcz o gospodarczych „systemach-światach”. Świat wreszcie może oznaczać po prostu ekosystem na planecie Ziemia…
Czytaj całość »

16.11.2016
środa

Czy system prezydencki w USA uratuje świat przed Trumpem?

16 listopada 2016, środa,

Na początek przeprosiny. W poprzednim tekście pomyłkowo (ach, te emocje) zacytowałam artykuł „Washington Post na temat frekwencji w listopadowych amerykańskich wyborach, który jednak dotyczył wyborów do Kongresu i Senatu (⅓ miejsc) z 2014 roku. Dane te zresztą jeszcze nie były dostępne – wyliczanie udziału w głosowaniu wciąż trwa, choć zbliża się ku końcowi. Już wiemy, że zeszłotygodniowa frekwencja wcale nie była tak dramatycznie niska jak wtedy. Według danych z 15 listopada (podaję za serwisem FiveThirtyEight) wyniosła 58,1 proc. uprawnionych do głosowania. Jeszcze raz przepraszam wszystkich Państwa, których mogłam wprowadzić w błąd.
Czytaj całość »

10.11.2016
czwartek

Naród głęboko podzielony (EDIT)

10 listopada 2016, czwartek,

Choć Hillary Clinton wygrała tzw. popular vote, czyli w wyborach bezpośrednich miałaby prezydenturę w kieszeni, Donald Trump uzyskał sporą przewagę w ramach systemu głosowania elektorskiego. Być może warto pokusić się o pogłębioną analizę podobieństw między procesami wyborczymi w Polsce, gdzie nieco ponad 39 proc. głosów oddanych w wyborach parlamentarnych przełożyło się na bezwzględną większość sejmową dla PiS, a Stanami Zjednoczonymi, gdzie wytworzył się podobnej skali rozziew między liczbą głosów a wynikiem wyborczym.
Czytaj całość »