Polityka_blog_top_bill_desktop
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot1
Polityka_blog_top_bill_mobile_Adslot2

16.11.2016
środa

Czy system prezydencki w USA uratuje świat przed Trumpem?

16 listopada 2016, środa,

Na początek przeprosiny. W poprzednim tekście pomyłkowo (ach, te emocje) zacytowałam artykuł „Washington Post na temat frekwencji w listopadowych amerykańskich wyborach, który jednak dotyczył wyborów do Kongresu i Senatu (⅓ miejsc) z 2014 roku. Dane te zresztą jeszcze nie były dostępne – wyliczanie udziału w głosowaniu wciąż trwa, choć zbliża się ku końcowi. Już wiemy, że zeszłotygodniowa frekwencja wcale nie była tak dramatycznie niska jak wtedy. Według danych z 15 listopada (podaję za serwisem FiveThirtyEight) wyniosła 58,1 proc. uprawnionych do głosowania. Jeszcze raz przepraszam wszystkich Państwa, których mogłam wprowadzić w błąd.

A teraz wróćmy do Donalda Trumpa. Z punktu widzenia osób zajmujących się demokratyczną polityką obecna kadencja będzie interesującym testem słynnych ustrojowych bezpieczników (checks and balances, safety latches) mających chronić demokracje przed autorytaryzmem, osuwaniem się w totalitaryzm i innego typu deregulacją. Czasami sugeruje się, że demokracja amerykańska, jako najstarszy nieprzerwanie funkcjonujący ustrój tego typu, miała najwięcej szans na wypracowanie skutecznego systemu zabezpieczeń.

Jeden z najciekawszych współczesnych badaczy polityki Pierre Rosanvallon w swojej najnowszej książce* przekonuje, że wzorowany na amerykańskim system prezydencki, w którym egzekutywa (administracja) nie ma formalnych związków z legislatywą (Izbą Reprezentantów i Senatem), przy krytycznym poziomie autorytarnych zapędów prezydenta może zacząć działać hamująco. Oczywiście pod warunkiem, że stanowienie prawa będzie nadal prerogatywą ciał ustawodawczych, a nie administracji – w formie prezydenckich dekretów.

Rosanvallon wykazuje, że przyczyną i źródłem wykolejenia się demokracji niemieckiej w latach 30. XX wieku było ni mniej, ni więcej tylko brak jasnej granicy między władzą wykonawczą a ustawodawczą oraz uwiedzenie „efektywnością” demokracji plebiscytarnej. Ten termin z epoki pochodzi z pism Maxa Webera. Zacytujmy go:

„Demokracja plebiscytarna – najważniejszy typ demokracji z przywódcą – stanowi, zgodnie z autentycznym sensem, pewien rodzaj charyzmatycznego panowania, skrywającego się w formie wywiedzionej z woli podlegających panowaniu i tylko dzięki niej trwającej prawomocności. Przywódca (demagog) panuje faktycznie za sprawą przywiązania i zaufania swej politycznej drużyny i jego osoby jako takiej. (…) Przeciwieństwem typu plebiscytarnej demokracji z przywódcą są typy bez przywódcy, cechującej się dążeniem do zminimalizowania panowania człowieka nad człowiekiem”.**

Wynikałoby z tego, że konflikt między Donaldem Trumpem a Partią Republikańską, wyrażony w ostrych formach m.in. przez wycofanie poparcia przez kluczowych kongresmenów, a podtrzymywany dzisiaj przez autorytety związane z GOP, może okazać się bardzo dobrą wiadomością. Znane osoby związane z Partią Republikańską m.in. zniechęcają młodych Republikanów do podejmowania pracy w obecnej administracji, a jeśli już chcą to zrobić, to powinni przygotować się psychicznie na konieczność dymisji w każdej chwili. Woli podlegających panowaniu, aby nadal podlegać panowaniu, to raczej nie przypomina. Ale oczywiście wszystko przed nami.

Przy okazji otrzymujemy ciekawą lekcję, także w odniesieniu do demokracji zbudowanej w Polsce. Od kilku kadencji już widać, że władza parlamentu, który mianuje rząd w obowiązującym u nas systemie parlamentarno-gabinetowym, to fikcja. Większość parlamentarna realizuje bez zastrzeżeń – co najwyżej z koniecznością negocjacji wewnątrz koalicji – zadania, jakie otrzymuje od rządu. Legislatywa jest podporządkowana egzekutywie.

W dzisiejszym wydaniu oznacza to właściwie demokrację plebiscytarną w czystej, przedstawionej przez Webera formie, z charyzmatycznym przywódcą sterującym rządem z ławy parlamentarnej, który to rząd z kolei dyktuje ustawy całkowicie podporządkowanym posłom. Model weberowski jest wyczerpywany łącznie z problemami wynikającymi z podporządkowania gospodarki konieczności zadowalania suwerena. Wszystko to jest bardzo ciekawe. Dla filozofki polityki…

* P. Rosanvallon, Du Bon gouvernement, Seuil, 2015 (rozważane jest wydanie polskie w serii wydawniczej Fundacji im. prof. B. Geremka)
** M. Weber, Gospodarka i społeczeństwo. Zarys socjologii rozumiejącej, tłum. D. Lachowska, PWN, 2002.

Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_mobile
Reklama
Polityka_blog_bottom_rec_desktop

Komentarze: 11

Dodaj komentarz »
  1. Pod ostatnim wpisem ja również podawałam liczbę 200 tys. głosów przewagi głosów na Clinton, co w tamtym momencie było prawdą, ale dotyczącą częściowych i nieostatecznych wyników wyborów. Ta przewaga urosła 2 dni później do ponad miliona głosów, by potem ponownie zmaleć do 800 tys głosów. I do dzisiaj nie ma wyników końcowych, więc trzeba uważać z tymi argumentami. Nie mniej jednak jak by nie było te różnice będą w granicach promili, co najwyżej około procenta, a chodziło wtedy o porównywanie rzędów wielkości i w tym się niewiele zmienia.

    To miłe, że ktoś w głównych mediach zauważa, to co ja od lat tutaj mówię, że w Polce władza ustawodawcza i „demokracja” działają tylko teoretycznie.

    Władza ustawodawcza nie ma żadnej roli, narodu w żadnym stopniu nie reprezentuje. Jest natomiast tępym instrumentem partyjnych gangsterów, których w 100% reprezentuje. I w Polsce nie ma żadnych demokratycznych wyborów, lecz są jak słusznie zauważa Autorka tylko plebiscyty na najmniej w danym momencie znienawidzonych partyjnych gangsterów.

    Demokracja zaczyna się tam, gdzie się zaczyna swoboda społeczeństwa na wystawianie swoich kandydatów i wybieranie w sposób oddolny swoich rzeczywistych przedstawicieli do Sejmu, czytaj tam gdzie się zaczyna powszechność, równość i wolność wyborów w oparciu o pełne bierne i czynne prawa wyborcze dla każdego, również indywidualnego obywatela.

  2. Dodam jeszcze od siebie, że akurat system USA jest wręcz wzorcowy jeśli idzie o rozdział władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, co wynika głównie z tego, że każda z tych władz jest osobno przez naród wybierana.

    Natomiast naturalnym problemem ich demokracji jest wielkość państwa, która relatywizuje nieco oddolny charakter demokracji, zwłaszcza w wyborze egzekutywy, no i makabrycznie, wręcz patologiczne eksponuje rolę pieniędzy w prowadzeniu kampanii wyborczych.

  3. Sęk w tym, że władza wykonawcza w USA jest przez trójpodział władz dość skutecznie ograniczona. Natomiast prezydent USA ma dużo większe prerogatywy działania na zewnątrz. Na przykład prezydent nie może sobie pozwolić na torturowanie ludzi w Ameryce, ale już na pobliskiej Kubie, czy w Pakistanie już tak. Dotyczy to też akcji militarnych.

    Więc może być tak, że trójpodział może ocalić przed Trumpizmem Amerykę, ale niekoniecznie musi ocalić świat. Prezydent USA ma dużo większe prerogatywy do psucia świata niż do psucia Ameryki.

  4. Reklama
    Polityka_blog_komentarze_rec_mobile
    Polityka_blog_komentarze_rec_desktop
  5. Z czystej ciekawosci. Moze Autorka wyjasni dlaczego „system prezydencki w USA ma ratowac swiat przed Trumpem”. Dlaczego Autorka uwaza, ze Trump stanowi zagrozenie dla swiata? Ze swej strony pragne zauwazyc, ze Stany Zjednoczone sa od poczatku XXI wieku zaangazowane w permanentna i niekonczacy sie konflikt „wojny z terrorem” i wymuszaniem demokracji na odleglych spolecznstwach. Wszystko to ma miejsce bez udzialu prezydenta -elekta. Czy moze byc gorzej? Jesli tak, dlaczego? Mysle, ze rzecz warta jest dyskusji.

    Pozdrawiam

  6. @vandermerwe:

    zawsze może być gorzej.
    Trump jest typowym narcyzem, któremu zależy na sławie i pieniądzach
    a resztę ma w nosie. Trzeba być niesamowicie naiwnym żeby sądzić,
    że jego motywacją w tej grze jest naprawa bolączek „ludu pracującego
    miast i wsi”.

    Może być oczywiście wariant optymistyczny, że jego kadencja
    upłynie na wewnętrznych walkach pałacowych, które już się zaczęły
    i pokazowych igrzyskach dla gawiedzi o niewielkim znaczeniu
    faktycznym, jak np. budowa meksykańskiego muru, itp.

    Wariant pesymistyczny, a ja z natury jestem pesymistą,
    to taki, że jego posunięcia doprowadzą do wojen celnych
    (Chiny, Meksyk), zerwaniem układu z Iranem, co w efekcie
    doprowadzi do dalszego rozprzestrzeniania się broni jądrowej.
    Najprawdopodobniej również rozochocony Putin
    czując się bezkarnym będzie instalował sobie przychylnych
    despotów w kolejnych krajach dalej osłabiając EU i NATO
    i zagrażając zajęciem kolejnych „odwiecznych rosyjskich ziem”
    Na pierwszy rzut pójdzie najprawdopodobniej Mołdawia,
    potem może Estonia, Łotwa czy Litwa, dalszy demontaż
    Gruzji i Ukrainy od środka i przez postępujący „land grab”.

    Kontrola emisji CO2 to już raczej przegrana sprawa IMHO,
    więc nie polecam inwestować w real estate na Florydzie.
    Na przegranej są firmy rozwijające odnawialne źródła energii.

    Poza tym widoczne już (a do objęcia władzy jeszcze ponad 2 miesiące)
    rozbestwienie się wszelkiego rodzaju redneckich nazioli
    może niedługo doprowadzić do sytuacji, że strach będzie wyjść na ulicę, kto wie.
    Problem jest taki, że niektórzy uważają, że teraz już można
    napluć w twarz imigrantowi, albo Murzynowi, że teraz jest to już OK.
    To jest wariant pesymistyczny, ale w 1933 w Niemczech też wielu uważało, że Hitler to taki miły i rozsądny człowiek – przecież on chce tylko przywrócić Niemcom godność. No i przywrócił. Bezrobocie spadło,
    zbudował autostrady, rozwinął przemysł, a jakże.
    Przy okazji wymordował miliony ludzi, którzy nie pasowali do jego
    wizji rasowo czystego świata.
    Niestety wiele osób wciąż myśli tymi kategoriami.
    Oczywiście żaden rasista nie powie o sobie, że jest rasistą.
    Wystarczy jednak poczytać trochę ich publikacji, by przekonać
    się jak dużo jest tego typu robactwa. To wcale nie jest jakiś
    margines.

    Obym się mylił w moich pesymistycznych prognozach.

    PS. W US of A za około 30 lat biali mieszkańcy utracą większość.
    Demografia jest nieubłagana. Jak grawitacja.

  7. @ vandermerwe
    Jakaz to dyskusje chcesz wywolac? Przeciez dla Ciebie USA sa wcieleniem wszelkiego zla niezaleznie od tego jakiego maja prezydenta. Nie jest gorzej, bo Putinowi Trump odpowiada bardziej niz Hillary Clinton. Moze nawet jest lepiej?

  8. @ Negortin
    Twoje obawy podziela caly swiat. Byc moze Trump nie bedzie umial byc prezydentem i bedzie sie zarl z wszyskimi dookola, bo ma nature pieniacza. Zaloze sie, ze priorytetem dla niego beda jego wlasne interesy (juz rodzinie chce dac dostep do tajemnic panstwowych). Niewielka to jednak pociecha, bo zaniechanie przywodztwa w swiecie wytworzy pustke, ktora ktos inny bedzie chcial zapelnic. Piszesz o Putinie a sa jeszcze Chiny. Swiat sie przemebluje, nie wiadomo z jakim dla wszystkich skutkiem.
    Zal amerykanskiej demokracji. Wydawalo sie, ze dwukrotna wygrana Obamy popchnie ten kraj w dobrym kierunku. A wraca otwarty rasizm i polityka, ktora tylko poglebi roznice spoleczne doprowadzajac jednoczesnie do ogolnego zubozenia.
    Moja jedyna nadzieja jest spoleczenstwo obywatelskie w Stanach. Daj Boze nie da sobie odebrac demokracji.

  9. Warto wspomnieć, że najwięcej dekretów w historii USA wydał ukochany przez lewicę Franklin Delano Roosevelt (3522 w ciągu mniej więcej 13 lat). Współcześni prezydenci bardzo ograniczyli płodność – w ciągu ostatnich czterdziestu lat podpisują od 320 (Carter) do 130 (Obama) dekretów na kadencję. Co i tak jest sporą liczbą – w ciągu pierwszych 40 lat istnienia USA powstało 18 (!) dekretów. Na dwusetny czekać przyszło aż do prezydentury Lincolna.

    Omijanie legislatywy dzięki dekretom jest rzecz jasna objawem przekształacania prezydentury w formę imperialną, świadczy o upadku republiki amerykańskiej. Akurat Trump nie będzie miał specjalnych powodów, aby stosować dekrety – Reps mają stabilną większość w Izbie, a perspektywy senackie są jeszcze lepsze, w 2018 z całą pewnością powiększą swój stan posiadania.

    Trumpowi dekrety będą potrzebne głównie do anulowania fatalnych dekretów Obamowskich, który zamiast negocjować z republikańską legislatywą wolał narzucać swoje mocno zideologizowane rozwiązania. W efekcie nie przetrwają one długo.

  10. @ kruk,

    Pana odpowiedz jest dobrym przykladem na to jak dyskutowac nie nalezy.
    Mysle, ze istnieje pewien problem. Do dnia wyborow powszechny przekaz medialny byl taki, ze Clinton wygra, gdyz….. To wszystko okazalo sie nic nie warte, raczej bylo doskonala ilustracja jak osobiste poglady publicystow byly przedstawiane jako fakty. W swietle tego nalezy zapytac, na jakiej podstawie twierdzi sie, ze nalezy „swiat ratowac przed Trumpem”. Sadze, ze publicysci, w tym Autorka, sa nam, czytelnikom winni wyjasnienie.
    O demokracje amerykanska prosze sie nie martwic, gdyz przetrwala rozne perturbacje w przeszlosci i nic nie zapowiada by nadchodzil jej koniec.

    @ Negortin,

    Po czesci odpowiedz jest powyzej. Dodam. Zarowno Pan jak i ja mozemy bawic sie w rozne rozwazania – nie maja wiekszego znaczenia. Pisze Pan, ze Trump jest narcyzem. Moze. Jednak Larry King w rozmowie na temat Trumpa stwierdzil, ze Trump nie jest bufonem – zna go od ponad 30 lat. Rzecz w tym, ze moje czy Pana przekonanie sa prywatna opinia wyrazona w prywatnej konwersacji na tym blogu – jesli Pan czy ja nie mamy racji, nic z tego nie wynika. To nie to samo, co artykul autorstwa publicysty czytanego przez tysiace ludzi, gdyz w takim przypadku ciezar gatunkowy jest inny, chocby poprzez fakt wplywu na szerokie rzesze spoleczestwa, i uzasadnienia w takim przypadku sa wymogiem.

    Pozdrawiam

  11. @ vandermerwe
    Trudno dostrzec zwiazek miedzy Pana dwoma wpisami. Wprowadza Pan tez czytelnikow w blad, twierdzac, ze to media prognozowaly wygrana Hillary Clinton. Media opieraly sie na sondazach opinii i kiedy te zmienialy sie na korzysc Trumpa, nie probowaly tego ukrywac. Kandydaci szli leb w leb. Sondaze w koncu okazaly sie trafne, bo Trump wygral glosy Electoral College a pani Clinton wygrala popular vote i roznice w glosach na nich byly niewielkie. O wyniku wyborow zadecydowal, jak wiadomo, Electoral College.
    Bardzo ciekawa jest rowniez Panska uwaga na temat tego, co moze a czego nie powinien pisac publicysta. Panskim zdaniem pani Czarnacka nie ma prawa gloszenia wyrazistych opinii i musi tlumaczyc dlaczego ma , jakie ma. Pomijajac fakt, ze artykul na blogu nie jest tekstem naukowym, mozna zapytac kto wobec tego ma byc moderatorem wsrod dziennikarzy o roznych pogladach? Kto ma ustalac co jest standardem wypowiedzi dziennikarza? Mysle, ze ma Pan na to odpowiedz. Na tym forum wolimy jednak klocic sie z autorami niz czytac teksty uzgodnione z niewidzialnymi autorytetami.

  12. @ kruk,

    Pozwole sobie zwrocic uwage, ze Pan odnosi sie do rzeczy, ktorych nie pisalem. Prosze wskazac w ktorym miejscu pisalem, ze publicysta moze cos pisac lub tez nie? Natomiast uwazam, ze w przypadku stawiania zarzutow, niejednokrotnie powaznych nalezy je uzasadnic. Poza tym kazdy z nas ma prawo wyrazic swoje poglady. Nie uwazam, by moj komentarz byl jakakolwiek klotnia z kimkolwiek. Jesli Pan zechce zauwazyc staram sie nikogo nie obrazac. Jesli jednak okaze sie, ze kogos obrazilem – przepraszam.

    Co do wprowadzania w blad prosze odniesc sie do cytatu ponizej;
    „Do dnia wyborow powszechny przekaz medialny byl taki, ze Clinton wygra, gdyz….. ”
    Taki przekaz medialny byl, stad wstrzas wywolany wynikiem wyborow. Tak, powolywano sie rowniez na wyniki badania opinii publicznej, co rowniez jest przekazem. Przekaz medialny nie ograniczal sie jednak tylko i wylacznie do badan statystycznych.

    Pozdrawiam